Z informacji „Wyborczej” wynika, że amerykańskie władze poinformowały Warszawę, iż na żadne stałe amerykańskie bazy nie możemy liczyć. Co najwyżej Stany Zjednoczone wzmocnią siły, które rotacyjnie już na naszym terytorium stacjonują. USA chcą, by Polska publicznie odtrąbiła to jako wspólny sukces.

Rząd PiS miesiącami się chwalił, jak poważnie traktowany jest w Waszyngtonie. Że stajemy się sojusznikiem na wagę Izraela czy Wielkiej Brytanii, graczem ekstraklasy na amerykańskim boisku. Że fort Trump – tę nazwę publicznie zaproponował podczas wizyty za oceanem prezydent Andrzej Duda – to nie mrzonka. Że zainstalowanie u nas stałych baz USA to tylko kwestia czasu.

Miały o tym świadczyć choćby uśmiechy amerykańskiego prezydenta połechtanego taką propozycją znad Wisły. Tyle że Donald Trump nikogo nie traktuje poważnie i z nikim na stałe nie zawiera sojuszy. Może poza premierem Izraela Beniaminem Netanjahu, z którym czują wyjątkową chemię i który jest jego politycznym alter ego. Warszawa boleśnie przekonała się o tym, gdy wybuchła międzynarodowa burza po nieszczęsnej nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej i gdy nad Wisłę zjechali uczestnicy niedawnego szczytu bliskowschodniego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej