Siedem godzin trwało w czwartek przesłuchanie Geralda Birgfellnera. Przed zeznaniami panowało napięcie, bo prokuratura odrzuciła wniosek obrońców austriackiego przedsiębiorcy o zmianę prowadzącej postępowanie. Wcześniej śledczy ukarali Birgfellnera grzywną, bo nie stawił się na zeznania w wyznaczonych terminach. Pełnomocnikowi Austriaka mec. Romanowi Giertychowi zarzucono natomiast, że próbuje wpłynąć na treść protokołu z przesłuchania. – Najbliższe godziny pokażą, w jakim punkcie jesteśmy jako kraj: dyktatury partyjnej czy demokratycznego państwa prawa – mówił w czwartek Giertych przed wejściem do prokuratury.

Adwokat dodał, że jego klient czuje się zastraszany: – Różne sygnały, które puszcza prokuratura, ataki na pełnomocników świadka, kłamliwe wypowiedzi rzecznika prokuratury, który zarzucił mi próbę ingerencji w zeznania świadka – to kłamstwo, oszczerstwo i próba zastraszenia człowieka, który dochodzi swoich praw, złożył zawiadomienie i oczekuje od państwa sprawiedliwości – wyliczał Giertych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej