O kolejnym kryzysie w polsko-izraelskich stosunkach kierownictwo PiS rozmawiało wczoraj w warszawskiej siedzibie partii przy ul. Nowogrodzkiej. Wśród polityków tej partii panuje przekonanie, że tym razem – w przeciwieństwie do awantury wokół ustawy o IPN sprzed roku – w spór nie włączą się Stany Zjednoczone. – Wtedy byliśmy stroną agresywną, stroną atakującą, dlatego były naciski, żebyśmy się wycofali, ale teraz to my jesteśmy atakowani, wykonaliśmy proizraelski gest, zorganizowaliśmy konferencję, a na koniec za to obrywamy – mówi nam doradca Jarosława Kaczyńskiego.

Jego zdaniem wtedy wiadomo było, że Polska nie może nic nie zrobić. – Choć czasem w dyplomacji właśnie taka strategia, by nic nie robić, tylko czekać, aż opadnie kurz, jest najlepsza. Teraz z niej skorzystamy, bo jesteśmy w zupełnie innej sytuacji niż wtedy – ocenia. I dodaje: – Nie mamy dziś niczego ważnego do załatwienia w Izraelu, a oni wiedzą, że jesteśmy ich najsilniejszym sojusznikiem w Unii Europejskiej, dlatego możemy poczekać, aż zakończą się tam wybory.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej