Izraelski polityk, przywódca prawicowego Likudu, za dwa miesiące podda się osądowi wyborców. Sondaże są, delikatnie mówiąc, średnie, odwołanie do tragicznej historii narodu pomaga zaś mobilizować elektorat. A Polska się nie liczy. Polsce można zrobić każde świństwo, nie ma dyplomatycznej siły, nie odda.

Szeroki zastęp polskich polityków został w czwartkowy wieczór, gdy oskarżenia Netanjahu upubliczniły izraelskie media, postawiony do pionu. Prezydentowi Andrzejowi Dudzie, premierowi Mateuszowi Morawieckiemu, ministrowi spraw zagranicznych Jackowi Czaputowiczowi marzyło się, że konferencja bliskowschodnia wyrwie Polskę z quasi-izolacji, że dzięki zaangażowaniu będą nas szanować w świecie tak jak Szwajcarię czy Norwegię.

Netanjahu, mówiąc w Warszawie o polskiej instytucjonalnej współodpowiedzialności za Holocaust, pokazał rządowi PiS właściwe miejsce w szeregu. To obrzydliwa sytuacja, bo premier Netanjahu powielił kłamstwa. Polska nigdy nie kolaborowała z III Rzeszą. Polska jako państwo, w odróżnieniu od Węgier, Francji czy Rumunii, nie brała udziału w zagładzie Żydów. Co nie oznacza oczywiście, że polscy obywatele nie przykładali ręki do Holocaustu. Skala zjawiska określanego jako szmalcownictwo jest zasmucająco duża, Polacy odpowiadają też za niektóre antyżydowskie pogromy, ale nie uprawnia to Netanjahu do stwierdzenia, że „Polacy współpracowali z nazistami”. Netanjahu jednak wypowiedział powyższe zdania, tak jakby chodziło o oczywistość.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej