Mówił: „Czyn Bronisława Wildsteina należy widzieć w perspektywie owego moralnego wzmożenia owej – daj Boże – moralnej rewolucji”.

Dziś ta rewolucja dopadła samego prezesa i jego partię. Inwentarz, który stał się jawnym i ogólnodostępnym dokumentem państwowym, uderzył w samo jądro PiS. Z zapisów katalogu wynika, że agentem komunistycznej bezpieki był Kazimierz Kujda, jeden z najbliższych ludzi prezesa partii rządzącej, przez kilkanaście lat szef związanej z PiS spółki Srebrna.

O finansach i tajemnicach partii Kujda wie prawie wszystko.

Do zawartości teczek SB trzeba podchodzić ostrożnie. Ale dla partii Kaczyńskiego już samo tylko piętno „agenta” zawsze wystarczało. Zwłaszcza gdy chodziło o politycznych przeciwników.

Oskarżenia na podstawie akt SB od lat służą tej formacji do niszczenia Lecha Wałęsy i wszelkich wrogów. Do dziś figurowanie w rejestrach SB jako TW (tajny współpracownik) jest w środowisku PiS nie do przyjęcia. Bo zdaniem PiS „teczki nie kłamią”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej