Zakończył się pierwszy etap wchodzenia w spór zbiorowy – dyrektorzy szkół i przedszkoli otrzymali od związkowców listę żądań, chodzi o 1000 zł podwyżki. Choć nauczyciele oczekują jej od minister edukacji Anny Zalewskiej, żądania muszą kierować do pracodawców, bo tak przewiduje prawo. – Procedury są długotrwałe – zastrzega Broniarz. – Musimy postępować zgodnie z prawem, a to zakłada m.in. mediacje. Gdybyśmy byli wolni od tego, to już w poniedziałek moglibyśmy zastrajkować, determinacja nauczycieli jest olbrzymia.

Do poprzedniego strajku generalnego w oświacie doszło wiosną 2017 r. Wtedy zastrajkowało ok. 7 tys. szkół, tym razem może być ich nawet trzy razy więcej. – Ten strajk w przeciwieństwie do poprzedniego ma bardzo duże poparcie osób nienależących do związków zawodowych. Jesteśmy zasypywani prośbami o pomoc we wszczęciu procedur. Solidarność zawodowa działa na naszą korzyść – zauważa Broniarz.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej