To z Gdańska rozbrzmiewały na cały kraj ważne moralne przesłania. Z Westerplatte w ’39, z ulic Trójmiasta w ’70, ze Stoczni w ’80, z pielgrzymującej Zaspy w ’87. Przesłania do walki zbrojnej z najeźdźcą, potem do walki bez przemocy o wolność i prawa człowieka.

W sobotę z bazyliki Mariackiej z ust o. Ludwika Wiśniewskiego wyszło przesłanie nowe. Przeciw kłamstwu i nienawiści w Polsce.

Kraj w stanie zimnej wojny domowej, splamiony bratobójczą krwią, usłyszał: – Nie będziemy dłużej obojętni na panoszącą się truciznę nienawiści na ulicach, w mediach, w internecie, w szkołach, w parlamencie, a także w Kościele. Człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji w naszym kraju.

Długo te słowa oklaskując, ludzie w bazylice i na ulicach uznali je za własne. Ale czy wszyscy w Polsce?

Jeśli wszyscy nie uznamy, że morderstwo Pawła Adamowicza nie było wypadkiem, jeśli nie staniemy na gruncie faktów, to nic się nie zmieni. Będzie tak jak po tragedii smoleńskiej, gdy wspólną traumę cynicznie zmieniono w wehikuł do władzy po trupach, w upaństwowione kłamstwo. Szymon Hołownia ujął istotę rzeczy: władza „z wypadku lotniczego robiła zamach, a teraz z zamachu robi wypadek”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej