Martwię się o nauczycieli, bo boję się o przyszłość dzieci. Nie, to nie jest zbędny patos. Sytuacja zrobiła się naprawdę poważna. I możemy mówić, że belferska grypa czy wstrzymane próbne matury dotyczą ledwie kilkuset z ok. 30 tys. placówek oświatowych, ale wszystko wskazuje na to, że to dopiero przygrywka do problemów, które przed nami.

Czy z nauczycielami będzie jak z pielęgniarkami?

Spójrzmy na liczby. Średnia wieku polskiego nauczyciela – a etatów mamy dziś ok. 700 tys. – to ok. 43 lata. Ta liczba nie jest jeszcze dramatyczna, ale wystarczy spojrzeć na inną, by zacząć drżeć z niepokoju. Mediana wieku nauczycielskiego to 50 lat, a to oznacza, że połowa polskich nauczycieli jest tuż przed emeryturą. Zwłaszcza że 80 proc. pracowników tej branży to kobiety. Szykuje się nam sytuacja analogicznie dramatyczna co w przypadku pielęgniarek.

Młodzi ludzie już dziś nie chcą pracować w szkole. I tu znów są na to dowody w danych. Tylko 4 proc. wszystkich nauczycieli to stażyści i nie zapowiada się, by miało ich przybywać. Ich wynagrodzenie zasadnicze ledwie przewyższa minimalną płacę, a połowa stażystów zarabia poniżej 2750 zł brutto. A pensja ma duży wpływ na decyzję młodych ludzi o tym, jaki zawód wybrać. Siła nabywcza młodego nauczyciela w Polsce należy do najniższych wśród krajów rozwiniętych. Gorzej jest tylko na Łotwie, Węgrzech, Słowacji i w Brazylii.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej