Politycy obozu władzy stoją przed wyborem: czy chcą, by prowadził ich głoszący już nie „dobrą”, ale „wspaniałą zmianę” Morawiecki, czy też będzie im przewodził zmęczony i zagubiony Jarosław Kaczyński, który tydzień temu w Jachrance znów opowiadał głównie o krzywdach, jakich w przeszłości doznało jego środowisko.

Morawiecki naśladuje Tuska

W środę Morawiecki zagrał w stylu Tuska z 2014 r., który wobec groźby wotum nieufności ze strony PiS poprosił o wotum zaufania. Manewr okazał się prosty i skuteczny. Tym bardziej że w odróżnieniu od poprzedników marszałek Marek Kuchciński uniemożliwił dyskusję, dopuszczając jedynie pytania do szefa rządu. To nic, że opozycja wytykała Morawieckiemu, że w tych warunkach to szopka, że premier mija się z faktami, że stosuje demagogię czy wręcz kłamie.

Środowe przemówienie było skierowane do elektoratu PiS i posłów Zjednoczonej Prawicy przygniecionych aferą KNF oraz mających poczucie, że partia buksuje i traci poparcie. Chodziło o pokazanie, że Morawiecki kontroluje sytuację, potrafi rozgrywać opozycję i narzucić narrację. Z tego punktu widzenia nie liczy się to, czy polityk kłamie. Ważniejsze jest, czy kłamie zręcznie i czy przedstawia spójną wizję świata, w którą uwierzą wyborcy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej