Za opisywanie układów korupcyjnych w ojczyźnie Demidow był wielokrotnie bity i katowany, przeżył próby porwania jego dzieci, stracił majątek. W 2017 r. agenci NABU (ukraińskie CBA) powiedzieli mu, żeby „spier... do Polski, jeśli chce żyć”, bo oni nie zdołają go ochronić. W Polsce złożył podanie o status uchodźcy, ale nawet tu dosięgła go zemsta skorumpowanej ukraińskiej prokuratury – na podstawie listu gończego z absurdalnymi zarzutami okradzenia własnej kawiarni z przedmiotów o wartości niespełna 2 tys. zł dziennikarz przesiedział ponad pół roku w areszcie na warszawskiej Białołęce.

W czwartek o jego losie decydował Sąd Okręgowy w Warszawie. 

Mec. Anna Świątkiewicz-Pałosz: – Sąd stwierdził, że ekstradycja jest niedopuszczalna i sprzeczna z prawem polskim. Sędzia odwołała się do podpisanej przez Polskę Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Konstytucji RP. Sędzia podkreśliła, że z Konstytucji wynika, że każdy ma prawo do wolności, w tym wypowiadania światopoglądu i idei politycznych, a na Ukrainie te prawa mogłoby być wobec Demidowa złamane. Według polskiego sądu dziennikarz w ojczyźnie mógłby być narażony na naciski i przemoc.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej