– Moja szkoła pęka w szwach, część lekcji odbywa się w budynku likwidowanego gimnazjum. Dopiero za pięć lat sytuacja się ułoży, bo do klas pierwszych zaczęliśmy przyjmować mniej dzieci – mówi dyrektor podstawówki z Krakowa. Ma za sobą gorące wakacje: – W lipcu zatrudniłem czterech nowych nauczycieli, ale kiedy wróciłem z krótkiego urlopu, okazało się, że nikt z nich już nie chce w szkole pracować. Wszyscy odeszli z edukacji, bo nie chcą pracować w takim chaosie i za te pieniądze.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej