– Moja szkoła pęka w szwach, część lekcji odbywa się w budynku likwidowanego gimnazjum. Dopiero za pięć lat sytuacja się ułoży, bo do klas pierwszych zaczęliśmy przyjmować mniej dzieci – mówi dyrektor podstawówki z Krakowa. Ma za sobą gorące wakacje: – W lipcu zatrudniłem czterech nowych nauczycieli, ale kiedy wróciłem z krótkiego urlopu, okazało się, że nikt z nich już nie chce w szkole pracować. Wszyscy odeszli z edukacji, bo nie chcą pracować w takim chaosie i za te pieniądze. Matematyczki szukałem do ostatniej chwili, zatrudniłem emerytkę, bo innych chętnych nie było.

Dyrektor jednego z warszawskich liceów też latem stracił matematyka: – Potrzebowałem kogoś na cały etat. Nikogo nie znalazłem, musiałem więc zatrudnić trzech różnych matematyków na kilka godzin. A ich też załatwiłem po znajomości, dzwoniąc do innych dyrektorów i prosząc, by skierowali do mnie nauczycieli na ratunek. O przyszłym roku boję się myśleć. W związku z podwójnym rocznikiem będę miał nie pięć, ale dziesięć klas pierwszych, bo u nas się akurat jakoś pomieszczą, choć będzie ciasno. Tylko gdzie znajdę dla nich dobrych nauczycieli?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej