Kwestia stałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce znajduje się poza politycznym sporem. Polska stara się o to od czasu wejścia do NATO w 1999 r. Zabiegały o to rządy PO-PSL, PiS, a w przeszłości nawet SLD. W ten sposób nasz kraj chce nie tylko poprawić swoją sytuację strategiczną – każdy atak na Polskę będzie atakiem na siły USA – ale też polityczną. Na mocy kilkakrotnie ponawianej umowy z Rosją NATO zobowiązało się bowiem nie rozmieszczać większych sił na terenie nowych członków. W ten sposób kraje po wschodniej strony Odry pozostają krajami o niższym statusie bezpieczeństwa niźli pozostali członkowie Sojuszu.

Cel – 20 tys. żołnierzy USA

Czego oczekuje Polska? Przedstawiając wiosną tego roku dokument „Proposal for US Permanent Presence in Poland” (to element naszej kampanii informacyjnej na rzecz baz), Polska wskazała, że jej postulatem jest, aby na terenie naszego kraju stacjonowała dywizja sił USA. To około 20 tys. żołnierzy – czyli pięciokrotnie więcej, niż liczą siły stacjonujące w naszym kraju w ramach formuły „stałej rotacyjnej obecności”. Amerykańska dywizja pancerna jest wyposażona w 200-230 czołgów (to tyle, ile mamy w polskiej armii najnowocześniejszych czołgów Leopard II otrzymanych od Niemiec). Studium wykonalności tego projektu ma być w Stanach Zjednoczonych przedstawione Kongresowi w przyszłym roku.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej