Wśród 215 kandydatów na stanowiska w „odzyskanym” przez PiS Sądzie Najwyższym jest wiceprezes Trybunału Konstytucyjnego Mariusz Muszyński. O tym, że złożył on aplikację do Izby Dyscyplinarnej SN, „Wyborcza” poinformowała jako pierwsza. Potem ujawniliśmy nowe szczegóły. Okazało się, że widniejąca przy nazwisku Muszyńskiego adnotacja „ministerstwo sprawiedliwości” oznacza, że jego zgłoszenie dostarczył do Krajowej Rady Sądownictwa Marcin Warchoł, wiceszef resortu Zbigniewa Ziobry. Tłumaczył, że była to „przyjacielska przysługa”. Na liście ogłoszonej przez KRS czytamy, że aplikację w imieniu Muszyńskiego złożył w imieniu ministerstwa „kierowca”. Wynika z tego, że Warchoł wystąpił tu w wielu rolach: jako wiceminister, jako listonosz i jako kierowca. No i „przyjaciel”.

Ale sytuacja z Muszyńskim to nie tylko powód do kpin oraz rozważań na temat wewnętrznych relacji w kręgu władzy. To sprawa śmiertelnie poważna. I symboliczna.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej