Są takie momenty, gdy człowiek staje bezradny wobec wielkiego zamysłu artysty. Tak, wiem, zdarza się, że pada się na kolana przed wielkością talentu. Czasem jednak człowiek łapie się za głowę lub wykonuje w głębokim zdumieniu facepalm, tym trudniejszy, że w ręku trzyma telefon komórkowy.

Właśnie w ten sposób nabiłem sobie guza 15 sierpnia, w Dzień Wojska Polskiego, podczas widowiska artystyczno-patriotycznego „Wolność we krwi” na placu Piłsudskiego.

Po raz pierwszy w dziejach oglądałem bowiem artystyczne wydarzenie, które było surrealistyczną mieszanką serialu „Wojenne dziewczyny”, IPN-owskich Teatrów Telewizji i musicalu w stylu Baza Luhrmanna. Wszystko to podlane obficie lukrem narodowej dumy.

Wiem, jako przedstawiciel wrażego wszelkim przejawom patriotyzmu środowiska „Gazety Wyborczej” mogłem nie dostrzec przesłania, ba – mogłem czuć się w ogóle nieswojo na akademii, którą Narodowy Bank Polski zorganizował z tegorocznego zysku „ku czci” stulecia niepodległości Polski. Jak jednak można inaczej zareagować na scenę, w której młody człowiek, targający skrzynkę z amunicją, rzuca w stronę kolegi: „Matko Boska Wspierająca, co ty poczniesz beze mnie na tej barykadzie” i zaczyna z nagła śpiewać piosenkę Myslovitz:

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej