Informację jako pierwszy podał portal Onet.pl, w rozmowie z „Wyborczą” potwierdził ją mąż Kozłowskiej i przewodniczący rady fundacji Bartosz Kramek. 

Kozłowska w poniedziałek o godz. 22.40 przyleciała z Kijowa do Brukseli. Fundacja ma tam biuro łącznikowe, za pomocą którego kontaktuje się z instytucjami europejskimi. Po wyjściu z samolotu przy kontroli paszportowej dowiedziała się, że została przez Polskę wpisana do Systemu Informacyjnego Schengen, gdzie została oznaczona najwyższym alertem, który skutkuje deportacją nie tylko z kraju, ale też z terenu całej UE. We wtorek po południu, po nocy w izbie zatrzymań, Kozłowska została wydalona do Kijowa samolotem. 

Ludmiła Kozłowska: Zaczynam się czuć jak uchodźca polityczny

Ludmiła Kozłowska tak relacjonuje „Wyborczej” wydarzenia z lotniska:

– W momencie kiedy pokazałam paszport, policjant zapytał mnie, czy popełniłam przestępstwo na terenie Polski. Kiedy powiedziałam, że nie, zdziwił się, bo „Polska mnie poszukuje”. Powiedziałam, że mój mąż jest aktywistą. Później przyszedł wyższy rangą oficer i poinformował, że według procedur belgijskie MSW musi się zwrócić do polskiej strony z pytaniem, czy podtrzymuje swoją decyzję wobec mnie. Oficer przeprosił i powiedział, że ponieważ jest noc, może to potrwać nawet 12 godzin. Ale odpowiedź – twierdząca – przyszła po niespełna godzinie. Policjanci ponownie przeprosili, powiedzieli, że takie są procedury i muszą mnie deportować samolotem następnego dnia. Przez cały czas traktowali mnie z dużą dozą szacunku – opowiada.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej