1 września działające dotąd szkoły zawodowe zastąpiły szkoły branżowe. Ale poza nazwami niewiele się zmieniło. Przedmiotów ogólnych, np. matematyki czy historii, nadal uczy się z książek do zawodówek, bo dla branżówek nikt nie opracował nowych. A i lekcje z przedmiotów zawodowych toczą się po staremu, w większości placówek podstawy programowe nie się zmieniły. Pierwszy etap reformy zawodówek polegał więc głównie na zmianie szyldów.

Teraz ma być inaczej – w konsultowanej właśnie nowelizacji prawa oświatowego szefowa MEN proponuje szereg zmian. Anna Zalewska chce m.in., by samorządy kształcące w zawodach, na które jest większe zapotrzebowanie na rynku pracy, dostawały więcej pieniędzy. Dofinansowanie mieliby też otrzymać pracodawcy, którzy kształcą w takich profesjach.

Państwo za to nie zapłaci

Tyle tylko, że nie bardzo wiadomo, skąd miałyby się znaleźć na to pieniądze. W uwagach do nowych przepisów Ministerstwo Finansów pisze, że w ocenie skutków regulacji brakuje nawet wyliczeń dotyczących kosztów reformy szkolnictwa zawodowego. Nie wiadomo np. kto zapłaci za organizację praktyk dla uczniów. Zdaniem MF przyjęcie zapisu w obecnym kształcie spowoduje, że będą to samorządy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej