W państwie bez kast o przyszłości zawodowej każdego człowieka decydują umiejętności, doświadczenie i ciężka praca. Nie giętki kręgosłup czy lojalność wobec partii rządzącej, nie układy rodzinne czy towarzyskie. Jak przebiegały błyskawiczne kariery wielu prokuratorów i sędziów w czasach „dobrej zmiany”? Przyglądamy się konkretnym przykładom.

Przykład pierwszy: Marek Czeszkiewicz

Po zakończeniu asesury w prokuraturze nie miał szansy na nominację prokuratorską, odszedł więc do CBA, gdzie kierował delegaturą w Rzeszowie. Po przejęciu sterów w Ministerstwie Sprawiedliwości przez Zbigniewa Ziobrę Czeszkiewicz awansował: najpierw został prokuratorem z rejonu, potem w niecały rok przeskoczył o dwa szczeble i został wiceszefem prokuratury regionalnej w Białymstoku. Po drodze odniósł „wielkie” sukcesy śledcze, jak np. umorzenie we wrześniu 2016 r. sprawy kazania księdza Jacka Międlara. O tym, jak wybitnym prokuratorem okazał się Czeszkiewicz, świadczy także to, że po roku pracy w ziobrowej prokuraturze rzucił zabawkami i niespodziewanie odszedł z zawodu. Ale fachowiec nie może się marnować. Dlatego eksprokuratora przygarnął do grona swych najbliższych doradców marszałek Sejmu Marek Kuchciński. W jego imieniu doradca pracował m.in. nad nową ustawą, która dała wyjątkowo szerokie uprawnienia straży marszałkowskiej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej