Nowelizacja wraz z uzasadnieniem liczy 54 strony i wprowadza poważne zmiany w przepisach o Sądzie Najwyższym, prokuraturze, prawie o ustroju sądów powszechnych i ustawie o KRS. Zakres reform nie pozostawia złudzeń: przepisy powstały w Ministerstwie Sprawiedliwości, które przekazało je posłom, by przyspieszyć prace i skorzystać z szybszej ścieżki legislacyjnej. Projekt to również dowód na to, że PiS nie znalazł wśród sędziów SN chętnego do pełnienia obowiązków pierwszego prezesa, dlatego rządząca większość stawia na przyspieszenie wyboru swojego pierwszego prezesa. Wskaże go prezydent spośród pięciu kandydatów wybranych przez zgromadzenie sędziów SN. Dziś, aby to umożliwić, trzeba najpierw obsadzić 110 miejsc sędziowskich w liczącym 120 miejsc Sądzie Najwyższym. Po zmianach wystarczy 80.

– To instrumentalna nowelizacja, która pozwoli łatwiej wybrać pierwszego prezesa SN i szybko wprowadzić do sądu nowych sędziów. Skutek będzie jeden: jeśli do najważniejszego sądu w kraju wpuści się niekompetentne osoby, to będą wydawać niemądre wyroki, a skutki dotkną konkretne osoby. Kogoś wyrzuconego z pracy, kogoś, kto walczy o odzyskanie pieniędzy albo o odzyskanie dziecka. Skutki obniżenia poziomu w Sądzie Najwyższym będą znacznie bardziej dotkliwe, niż ma to miejsce w Trybunale Konstytucyjnym. Będzie taki bałagan, że nie wyjdziemy z tego przez najbliższe 20 lat – alarmuje prof. Maciej Gutowski, adwokat.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej