W 2006 r. prezydenci Polski i Ukrainy Lech Kaczyński i Wiktor Juszczenko wspólnie uczcili śmierć polskich i ukraińskich mieszkańców Pawłokomy – miejscowości spacyfikowanej przez polską partyzantkę, w której zbrodni dokonywali też nacjonaliści z UPA. Mszę koncelebrowali abp Józef Michalik i metropolita lwowski Lubomyr Huzar.

Dwanaście lat później prezydent Andrzej Duda składał kwiaty na polu w Ołyce na Wołyniu, by uczcić polskie ofiary „ludobójstwa na Wołyniu”, a prezydent Ukrainy Petro Poroszenko uczcił pamięć ukraińskich ofiar pod pomnikiem w polskim Sahryniu.

Niedzielne osobne obchody tego wydarzenia pokazują, jak bardzo Polska i Ukraina oddaliły się od siebie. Uroczystości miały w sobie element greckiej tragedii, w której fatum rozpisuje role. Wypowiedzi obu prezydentów pokazują bowiem, że zdają sobie sprawę z tego, jak złe role grają, jak bardzo za sprawą krwawej historii obydwa narody odsuwają się od siebie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej