"Brak jest jakichkolwiek racjonalnych przesłanek uzasadniających utajnianie imion i nazwisk osób, które mają wpływ na treść decyzji o charakterze ogólnospołecznym" – przekonywał Wojewódzki Sądu Administracyjny w Warszawie. Szefowa MEN była innego zdania i złożyła skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Tego jednak nie przekonały jej wyjaśnienia, że autorom podstaw programowych należy się anonimowość.

Skąd całe zamieszanie? Likwidacja gimnazjów od 1 września 2017 r. wymusiła stworzenie nowych podstaw programowych dla wydłużonych do ośmiu lat szkół podstawowych. To ważne dokumenty – określają, czego dziecko ma się nauczyć w danej klasie, na ich podstawie powstają podręczniki. Od września według nowych podstaw programowych uczą się klasy pierwsze, czwarte i siódme.

Kto jest ich autorem? Nadal nie wiadomo. MEN podawało dotąd tylko nazwiska kilkunastu liderów, którzy kierowali zespołami tworzącymi dokumenty.
Wiadomo za to, że MEN podpisało umowy ze 170 osobami, które zarobiły od 500 zł do 10 tys. zł za pracę nad podstawami. W sumie ministerstwo wydało na to ok. 825 tys. zł. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej