Do tej pory minister Jurgiel wyznaczał takie standardy, że dzięki niemu wszyscy inni ministrowie rządu mogli być już tylko lepsi. Zniszczenie 200-letniej tradycji hodowli koni arabskich w Polsce było dziełem, którego nie udało się dokonać ani hitlerowcom, ani komunistom. Bałagan w agencjach rolnych, w których dokonywano zwolnień na zasadach „umie pisać i czytać, znaczy, że z totalnej opozycji”, niezrealizowane obietnice podwojenia dopłat dla rolnictwa i zrównania ich z dopłatami unijnymi. Każdy z tych powodów byłby wystarczający do natychmiastowego odwołania ministra.

Jurgiel jednak trwał, bowiem był zasłużonym towarzyszem z Porozumienia Centrum, ba, marszałek Kuchciński zamknął nawet kuluary sejmowe, aby nikt więcej nie sfotografował ministra śpiącego w fotelu dawnej palarni.

Jarosław Kaczyński zawsze hołdował zasadzie napoleońskiej: „głupota w polityce nie stanowi przeszkody”, wychodząc z założenia, że to on jest nosicielem zbiorowego partyjnego rozumu. Klasyczny członek partii miał wygłaszać formuły z przekazów dnia bez zastanawiania się, czy mają one sens i czy on się z nimi zgadza.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej