Kiedy kilka lat temu w Przedszkolu nr 77 we Wrocławiu były dwa wolne etaty, w pokoju dyrektorki czekało dziesięć podań o pracę. Teraz są dwa miejsca i tylko jedno CV.

Joanna Poselt, dyrektorka Przedszkola nr 55 w Łodzi, przez lata miała listę chętnych, którzy czekali na wolne miejsce. – Ostatnio wykonałam dziewięć telefonów, udało mi się namówić jedną osobę – opowiada.

Najgorzej jest ze znalezieniem kogoś do pracy w trakcie roku szkolnego, a roszady kadry są ogromne. – Wiele naszych przedszkolanek to młode kobiety, odchodzą na urlopy macierzyńskie, a trudno jest namówić kogoś do pracy na kilka miesięcy.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej