Kiedy kilka lat temu w Przedszkolu nr 77 we Wrocławiu były dwa wolne etaty, w pokoju dyrektorki czekało dziesięć podań o pracę. Teraz są dwa miejsca i tylko jedno CV.

Joanna Poselt, dyrektorka Przedszkola nr 55 w Łodzi, przez lata miała listę chętnych, którzy czekali na wolne miejsce. – Ostatnio wykonałam dziewięć telefonów, udało mi się namówić jedną osobę – opowiada.

Najgorzej jest ze znalezieniem kogoś do pracy w trakcie roku szkolnego, a roszady kadry są ogromne. – Wiele naszych przedszkolanek to młode kobiety, odchodzą na urlopy macierzyńskie, a trudno jest namówić kogoś do pracy na kilka miesięcy. Teraz mam zapewnioną obsadę, ale boję się, co będzie za chwilę – opowiada Ewa Starzyk, dyrektor Przedszkola nr 77 we Wrocławiu.

Kiedyś pomagali studenci. To się skończyło

Nawet jeśli już ktoś się zgłosi, to brakuje mu doświadczenia lub kwalifikacji. CV przynoszą najczęściej osoby z kursami „opiekunka dziecięca” czy studiami podyplomowymi. A osoby tylko po kursach, nawet jeśli dostaną pracę, szybko przekonują się, z jaką odpowiedzialnością wiąże się opieka nad grupą małych dzieci. I odchodzą. – Skończyłam logopedię, złożyłam CV do przedszkola z nadzieją, że będę mogła tam prowadzić zajęcia. Dyrekcja zaproponowała, żebym była też wychowawcą, i to praktycznie od zaraz. Zaczęłam pracę jako przedszkolanka i jednocześnie poszłam na podyplomówkę – opowiada Aleksandra z warszawskiego przedszkola.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej