W czasach pierwszych rządów PiS karierę zrobiło określenie „areszt wydobywczy”. Polegał on na zamknięciu podejrzanego, by w warunkach więziennych wyciągnąć z niego prawdziwe, zasugerowane przez prokuratora bądź po prostu spreparowane zeznania. Miały one obciążyć domniemany „układ” stojący za podejrzanym.

Tak potraktowano Barbarę Kmiecik, przyjaciółkę posłanki Barbary Blidy. W areszcie odwiedzali ją agenci ABW, strasząc, że zamkną jej córkę, i obiecując wolność, jeśli wyda Blidę.

Inny przykład to lobbysta Marek Dochnal przetrzymywany przez lata i kuszony obietnicami wyjścia w zamian za wsypanie układu. Nie miał nic do zaoferowania, więc odsiedział swoje, a po latach Polska zapłaciła mu odszkodowanie.

Szafowanie aresztami i bezpodstawnymi oskarżeniami przez tych samych polityków, którzy dzisiaj znów są przy władzy (Kaczyński, Kamiński, Ziobro), sprawiło, że w 2007 r., po przegranej PiS, wróciła w Polsce dyskusja na temat nadużywania aresztu, który przez polityków i większość opinii publicznej traktowany jest po prostu jako kara wymierzona jeszcze przed wyrokiem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej