Taylor to Brytyjczyk, który na początku lutego ogłosił publicznie, że w Smoleńsku „doszło do wewnętrznej eksplozji”, „najpierw w lewym skrzydle, a potem w kadłubie samolotu Tu-154M w ostatnich sekundach lotu”. Do tych wniosków doszedł nie na podstawie oględzin wraku czy miejsca zdarzenia, lecz m.in. „na podstawie szczegółowej analizy wielu dokładnych fotografii”. Taylor powiedział, że zniszczenie lewego skrzydła „nie mogło być spowodowane jakąś kolizją z brzozą”. To wersja oficjalna.

Inne tezy dla rodzin ofiar 

Ale Taylor o swoich ustaleniach opowiadał też podczas spotkania z rodzinami ofiar katastrofy w zeszłym roku. Była tam Magdalena Merta, żona Tomasza Merty, który zginął pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r. I wtedy Brytyjczyk o zderzeniu z brzozą mówił co innego.

– O ile pamiętam, teza Franka Taylora była taka, że brzoza nie mogłaby doprowadzić do utraty jednej trzeciej lewego skrzydła, chyba że wcześniej zostałoby ono uszkodzone. Czyli brzoza mogła spowodować dalszą destrukcję skrzydła, nie jej początek. Bo Taylor nie wyklucza kontaktu skrzydła z brzozą, bierze to pod uwagę – opowiada nam Merta. – O tym, że przed zderzeniem z brzozą skrzydło zostało zniszczone, świadczy to, że daleko przed tą brzozą eksperci z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego policji znaleźli fragmenty skrzydła.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej