Od 2 stycznia sprawy sądowe (z wyjątkiem spraw odwoławczych rozpatrywanych w efekcie apelacji czy zażaleń) przydziela System Losowego Przydziału Spraw. To jeden z flagowych pomysłów resortu sprawiedliwości. Jak mówił odpowiedzialny za jego przygotowanie wiceminister Łukasz Piebiak, dzięki niemu „obywatel zyskuje gwarancję, że nikt nie wskaże palcem sędziego, który osądzi jego sprawę”. Ale czy na pewno?

CZYTAJ TEŻ: Ziobry reforma sądów, czyli problem z "sądolotkiem"

Resort sprawiedliwości nie chce ujawnić algorytmu, który pokazuje, według jakich reguł odbywa się losowanie sędziów. Ma już z tego powodu dwie sprawy sądowe zainicjowane przez organizacje walczące o jawność życia publicznego (Sieć Obywatelską „Watchdog Polska” oraz fundację ePaństwo).

Resort trzyma też w tajemnicy lokalizację serwera systemu losującego.

„System Losowego Przydziału Spraw jest posadowiony na środowisku wirtualizacyjnym” – odpowiada enigmatycznie „Wyborczej” resort.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej