Było tak: najpierw Macierewicz zostaje powołany przez nowego szefa MON Mariusza Błaszczaka na przewodniczącego rządowej podkomisji smoleńskiej. Potem rzeczniczka PiS Beata Mazurek zaprzecza, że został powołany, a komunikat o nominacji znika ze strony MON. Później Mazurek sama siebie dementuje, komunikat powraca na stronę resortu. Wreszcie, po paru godzinach, pod komunikatem MON pojawia się dopisek, że Macierewicz będzie funkcję szefa rządowej podkomisji pełnił „społecznie”.

ZOBACZ TEŻ: Macierewicz pojawia się i znika. Czy jako poseł może być szefem podkomisji smoleńskiej, czy musi zrzec się mandatu?

Oczywiście, za każdą z tych zmian stał Jarosław Kaczyński, bo każdy w Polsce już wie, że Błaszczak czy Mazurek nie mogli czegokolwiek ogłaszać w sprawie Macierewicza (i w ogóle) bez wiedzy i zgody prezesa.

To wszystko pokazuje, że nowego zajęcia dla Macierewicza Kaczyński szukał w ostatniej chwili, ba – nawet w czwartek nie było jasności, kto, jak i gdzie go „zagospodaruje". I wynalazł smoleńską podkomisję. Ot, taka zapchajdziura, takie byle co.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej