- Żołądź to nie jest dąb, jajko to nie jest kura, a zlepek komórek to nie jest dziecko - powiedziała tuż przed pierwszym głosowaniem Barbara Nowacka. Posłowie PiS po tych słowach przez dłuższą chwilę nie chcieli się uspokoić. Krzyczeli "hańba", stukali w pulpity. A potem zagłosowali za odrzuceniem ustawy Ratujmy Kobiety.

Niewiele brakowało jednak, by projekt trafił do komisji. Za jego odrzuceniem głosowało 202 posłów, 194 było przeciw, 7 się wstrzymało. Przeciw odrzuceniu głosowało aż 58 posłów PiS (m.in. Jarosław Kaczyński, Mariusz Błaszczak, Krystyna Pawłowicz czy Joachim Brudziński). 

Ale w ławach PO i Nowoczesnej, które deklarowały poparcie dla projektu, zabrakło w sumie 39 posłów. Trójka z PO (Joanna Fabisiak, Marek Biernacki i Jacek Tomaczak) - głosowała za jego odrzuceniem. 

Co jest w ustawie Ratujmy Kobiety?

Obywatelski projekt ustawy Ratujmy Kobiety zakłada liberalizację obowiązującego jeszcze od lat 90. prawa. Aborcja miałaby być dostępna na żądanie do 12. tygodnia ciąży. Po tym terminie byłaby dopuszczalna w trzech przypadkach, w których możliwa jest obecnie, a więc: kiedy ciąża zagraża zdrowiu lub życiu kobiety, gdy jest wynikiem czynu zabronionego (np. gwałtu) bądź w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej