Jeszcze w ubiegłym tygodniu kierowany przez Antoniego Macierewicza resort obrony chciał usunąć transseksualizm z wykazu chorób i ułomności decydujących o niezdolności do czynnej służby wojskowej. Miało się to stać przy okazji nowelizacji jednego z rozporządzeń, którą wymusiło wprowadzenie nowego rodzaju sił zbrojnych, czyli wojsk obrony terytorialnej. Gdyby rozporządzenie weszło w życie w zaproponowanej formie, osoby transseksualne mogłyby starać się o przyjęcie do armii – nie byłyby już dyskwalifikowane na starcie.

To mogła być zmiana rewolucyjna, bo służbę wojskową osób transseksualnych dopuszcza obecnie jedynie 20 państw na świecie. Największe z nich to USA i Kanada, na liście jest też większość państw Europy Zachodniej, a także Australia czy Tajlandia. Propozycję MON pochwaliła na łamach „Wyborczej” Edyta Baker, prezeska fundacji Trans-Fuzja, która reprezentuje osoby transpłciowe. Nie kryła też zaskoczenia: – Być może uznali, że skoro zmiana może dotyczyć kilku osób, to nie ma się czego obawiać, nie dojdzie do żadnej demoralizacji, naruszenia dobrych obyczajów, a w zamian będzie można zabłysnąć w Europie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej