– Znajomy opowiedział mi historię teściowej, która leciała do Glasgow w Szkocji. Podczas kontroli na Lotnisku Chopina zatrzymała ją straż graniczna. Okazało się, że ma niezapłacony stuzłotowy mandat, o którym zapomniała. Z aresztu wyszła po pięciu godzinach, kiedy córka opłaciła mandat na poczcie i dostarczyła pokwitowanie – opowiada pani Monika. Za tydzień leci do Nicei. Mimo że to strefa Schengen, dla świętego spokoju próbowała dowiedzieć się w straży granicznej, czy nie będzie miała problemu z wylotem. Bo też może mieć niezapłacony mandat. – Usłyszałam, że nie mogą mi tego powiedzieć – opowiada. - Przecież to chore, że za tak niski mandat można zostać zatrzymanym, że nie ma możliwości opłacenia go na miejscu - komentuje.

Areszt zamiast Singapuru

Kilka dni temu portal TVN Warszawa nagłośnił podobną sprawę podróżnej. Leciała do Singapuru, zatrzymano ją przy kontroli paszportowej. Też chodziło o niezapłacony stuzłotowy mandat. – Byłam w szoku. Nie wiedziałam o zadłużeniu – mówiła portalowi. Funkcjonariusze straży granicznej rozłożyli ręce, bo „takie są procedury”. I ona spędziła w areszcie pięć godzin. Do Singapuru dotarła dwa dni później, musiała kupić nowe bilety.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej