– Przeniosłam dziecko do szkoły prywatnej, choć była to dla mnie osobista porażka, bo wierzę w szkoły publiczne – opowiada Justyna Glusman z warszawskiej Ochoty, mama trójki dzieci. Jest doktorem nauk ekonomicznych i ekspertką Forum Od-Nowa, think tanku projektującego zmiany systemowe w sektorze publicznym. – Po reformie warunki w podstawówce bardzo się pogorszyły. Kiedy zapisywałam córkę, liczyła ponad 300 uczniów, teraz jest prawie 500. Biblioteka została przeniesiona do małego pomieszczenia, gdzie nie ma miejsca dla dzieci, które wcześniej np. odrabiały tam lekcje. W świetlicy jest straszny tłok, lekcje wuefu odbywają się na korytarzu albo na zewnątrz. Brakuje szafek, na obiad jest 15-20 minut. Córka przychodziła do domu zmęczona hałasem. A przecież za rok, oprócz klas siódmych, będą jeszcze klasy ósme – podkreśla Glusman.

Olaf, siódmoklasista z Warszawy, bardzo chciał iść do gimnazjum. I razem z rodzicami brał udział w akcjach przeciw reformie minister Anny Zalewskiej. – Zdecydował, że bez względu na to, czy wejdzie ona w życie, chce zmienić szkołę, by zacząć z czystą kartą – opowiada jego mama. – Do tego dochodził kompletny chaos informacyjny w podstawówce. Pod koniec roku nie było nawet wiadomo, czy lekcje siódmoklasistów będą w tym samym budynku, czy może w którymś z likwidowanych gimnazjów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej