Z esbeckiej teczki Andrzeja Przyłębskiego wynika, że ambasador nie mówi prawdy o swoim epizodzie współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Gdy w 1979 r. SB w Koninie wytypowała ówczesnego studenta nauk politycznych UAM w Poznaniu, werbujący go oficer napisał, że Przyłębski „od dzieciństwa był politycznie wychowywany przez aktualnego rezydenta Wydz. III. Z ważniejszych przeżyć każdorazowo zwierza mu się, oczekując od niego rady”.

Rezydent to najwyższa kategoria agentury w hierarchii ówczesnych i obecnych służb specjalnych. Rezydent w otoczeniu Przyłębskiego miał pseudonim „Stanisław”. Nie wiadomo, kim dokładnie był dla swego „wychowanka”. Wiadomo, że włączył się w nakłonienie go do współpracy. Przyłębski przybrał pseudonim „Wolfgang”.

Wielka wpadka wywiadu

Pisaliśmy, że już po upadku PRL Przyłębski został osobowym źródłem informacji Zarządu Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa (dziś Agencja Wywiadu). Z teczki wynika, że do pracy dla służb wywiadowczych przygotowywany był już w chwili werbunku. Bezpieka postanowiła go pozyskać, bo miał wyjeżdżać na Zachód, gdzie działali „wrogowie socjalizmu”.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej