• Do części podstawówek stworzonych w miejsce likwidowanych gimnazjów nie chciał się zapisać ani jeden pierwszoklasista, więc nie ma tam nowych uczniów (tak jest w np. w SP nr 73 w Poznaniu), a inne podstawówki mają raptem kilkunastu nowych uczniów (np. SP nr 72 w Gdańsku – 12). Tym szkołom – kiedy opuszczą je ostatni gimnazjaliści – grożą likwidacja i kolejne zwolnienia nauczycieli.
  • Jest i odwrotny problem – przepełnione podstawówki z lekcjami na zmiany. W szkołach uczy się bowiem dodatkowy rocznik – klasy siódme (a za rok i ósme), czyli uczniowie, którzy nie poszli do gimnazjów. W SP nr 56 w Katowicach dzieci noszą ze sobą ławki i krzesła, bo w części sal brakuje dla nich miejsc. Powstała tam 34-osobowa klasa siódma. W krakowskiej SP nr 40 przewidzianej na 340 uczniów uczy się ich aż 670. Lekcje kończą się o 18.10, a dyrekcja zaproponowała, by wf. prowadzić w soboty. Problem dotyczy nie tylko dużych miast – w wielkopolskich Wirach dzieci nie mieszczą się w budynku, więc uczą się w blaszanych kontenerach.
  • Wczoraj Polska Izba Książki podała, że nowe podręczniki (płaci za nie rząd) są już w 98 proc. placówek. Ale to oznacza, że nadal w prawie 400 szkołach ich nie ma. A nauczyciele cały czas zgłaszają, że podręczniki, owszem, dotarły, ale nie te, które zamówili. Nie wiadomo, ile potrwa wymiana.
  • Pomiędzy szkołami krążą uczniowie np. z SP nr 10 w Bydgoszczy. Idą kilometr do Gimnazjum nr 27, gdzie mają pracownie fizyczne i chemiczne. W podstawówce ich nie ma.
  • Krążą też nauczyciele, którzy w wyniku reformy muszą w kilku szkołach zbierać godziny do pełnego etatu. Mówią o sobie szkołokrążcy lub nauczyciele objazdowi. W Warszawie takich nauczycieli jest 10 razy więcej niż przed rokiem. Na wsi bywa jeszcze gorzej. Pisaliśmy np. o nauczycielce z Mazowsza, która uczy niemieckiego w czterech szkołach. Codziennie co dwie godziny jedzie do kolejnej szkoły. Najdłuższy dystans między nimi: 40 km.
  • Choć pracę straciło ok. 10 tys. nauczycieli, głównie z likwidowanych gimnazjów, a kolejnym 22 tys. zmniejszono liczbę godzin, to w wielu szkołach ich brakuje. Premier chwali się nowymi ofertami pracy, ale ogromna większość z nich to właśnie oferty dla szkołokrążców. Do tego brakujący nauczyciele to zwykle inni specjaliści niż ci, którzy byli zwalniani, często są potrzebni w innych rejonach kraju. Brak nauczyciela po miesiącu nowego roku szkolnego to zła wiadomość dla uczniów. Tylko w Warszawie wciąż 500 szkół i przedszkoli ich szuka.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej