– Przez kilka ostatnich dni mama postarzała się o 10 lat. Ani ona, ani mój ojciec nigdy nikomu nie zrobili nic złego. Nie byli nawet w partii. Jestem człowiekiem wierzącym i nie powinienem nosić w sobie złych uczuć do bliźniego, ale wiem jedno: ci, którzy są odpowiedzialni za krzywdę naszych rodzin, odpowiedzą za to. Jeśli nie za życia, to po śmierci – mówi „Wyborczej” gen. Janicki.

Wbrew temu, co politycy PiS mówią o rzekomo ogromnych świadczeniach, jakie otrzymują emerytowani funkcjonariusze służb specjalnych lub ich bliscy, Lida Janicka dostawała miesięcznie 2031 zł na rękę. Była to renta po mężu, który w latach 1980-87 pracował w Biurze Ochrony Rządu.

Dezubekizacja kierowcy

Włodzimierz Janicki zaczął służbę w BOR w wieku 43 lat. Wcześniej pracował w Akademii Górniczo-Hutniczej, gdzie jako kierowca woził rektorów tej uczelni. Jeden z nich, prof. Roman Ney, awansował w 1980 r. do władz centralnych i zabrał ze sobą kierowcę, który dostał etat w BOR. W 1987 r. Włodzimierz Janicki musiał zakończyć pracę i przeszedł na rentę z powodu poważnej choroby serca. Gdy 10 lat później zmarł, jego żona przejęła świadczenie po nim.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej