W pionierskich czasach IV RP to Zbigniew Ziobro był przełożonym Andrzeja Dudy. Ściągnął go do Ministerstwa Sprawiedliwości na swojego zastępcę. Tam Duda autoryzował politykę ministra. Dziś to Andrzej Duda stawia granice byłemu pryncypałowi.

To Ziobro był głównym bohaterem uzasadnienia dla prezydenckiego weta wobec dwóch ustaw o sądownictwie. Usłyszał wtedy razem z całą Polską, że w polskim porządku prawnym nie ma tradycji, która oddawałaby sądy pod kontrolę prokuratora generalnego. I wściekł się jak diabli. Ponoć w obecności podwładnych mówił o głowie państwa per „Brutus”.

– Było mu naprawdę bardzo przykro, że jego uczeń tak bezpardonowo go zaatakował – mówił według Gazeta.pl jeden z bliskich współpracowników Ziobry. I kiedy w zeszłym tygodniu prezes Kaczyński tłumaczył w mediach o. Rydzyka, że prezydent popełnił błąd, ale trzeba iść do przodu, to Ziobro się tym nie przejął. Ma swoją partię i teoretycznie nie musi słuchać prezesa PiS. Zwłaszcza gdy górę biorą emocje.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej