Przed tygodniem za pomocą Facebooka zwołał mieszkańców na pl. Wolności, by wspólnie zapalili latarki i świeczki w ramach „łańcucha światła”. Liczył, że przyjdzie kilkaset osób. Przyszło kilka tysięcy. A potem, z dnia na dzień, tłum rósł. Plac okazał się za mały, demonstrację przeniesiono do parku Mickiewicza, a potem do jeszcze większego parku Kasprowicza. Według policji w piątek demonstrowało 10 tys. poznaniaków, a w sobotę – 13 tys.

Sterczewski od początku zarządził, że będą to demonstracje obywatelskie, bez szyldów partyjnych i przemówień polityków. Głos zabierają tylko sędziowie, adwokaci i „zwykli” poznaniacy: studenci, a nawet gimnazjaliści. W sobotę Sterczewski nie zgodził się, by na scenę wszedł lider Nowoczesnej Ryszard Petru. Dziękował politykom za obecność, ale dodawał: – Jeśli chcecie pomóc, zapraszam do służby porządkowej.

– Nie chciałem hejtu, gwizdów, okrzyków w stylu „Precz z kaczyzmem”. Nic z tych rzeczy. Być może to przekonało ludzi, zwłaszcza młodych – mówił nam kilka dni temu. Zebrani skandują więc: „Chcemy weta!”, „Konstytucja!”, „Demokracja!”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej