PAWEŁ WROŃSKI: Kiedy PiS przeprowadza „reformę” sądów, coraz częściej pojawiają się porównania z PRL, w której sędziowie byli zależni od ministra sprawiedliwości. To słuszna analogia czy przesada?

KAROL MODZELEWSKI: W świetle tych ustaw sędziowie na wielu etapach mogą być jeszcze bardziej uzależnieni od ministra sprawiedliwości niż w PRL.

Chichot historii?

– Tylko z kogo się ta historia śmieje? Z nas się chyba śmieje. I niestety ma rację.

Co takiego zrobiliśmy, że po 27 latach wolności władza może w ogóle wpaść na podobny pomysł jak ustawy PiS o sądach?

– Zapomnieliśmy, że demokracja jest krucha. Ona jest silna poparciem obywateli. Demokracja nie może istnieć bez demokratów i jeśli nie ma powszechnej zgody co do obowiązujących w niej reguł, to demokracja może upaść.

Już upadła?

– Mam wrażenie, że właśnie obserwujemy ten upadek. To proces, który rozpoczął się od wyborczego zwycięstwa PiS w 2015 r. A tym, co go wywołało, było społeczne przekonanie, że demokracja przekształca się w oligarchię. Staje się fasadą, za którą kryją się elity ekonomiczne i polityczne, i że one nie dbają o dobro obywateli. Oraz przekonanie, że w ramach demokracji nie ma sposobu, by rozwiązać problemy ludzi. Szczególnie, by bronić ludzi poszkodowanych. Tych, którzy czują się pominięci.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej