Zadzwoniłam do Ewy pięć minut po ogłoszeniu wyroku.

– Czuję ulgę, wielką ulgę – powiedziała. – Już mnie nie dopadnie. Nawet nie umiem opisać, jak bardzo się cieszę. Dopiero teraz mogę spokojnie chodzić po ulicy. Jednak jest w Polsce sprawiedliwość.

Dramat Ewy opisałam w poniedziałkowym „Dużym Formacie”, dodatku do „Gazety Wyborczej”, w reportażu „Dom zły”. Mąż znęcał się nad nią w wyjątkowo okrutny sposób: bijąc, głodząc, gwałcąc i pozwalając, by gwałcili ją też inni. Niemal dwa lata więził w piwnicy, krzywdził też swoje córki.

Gdy w grudniu 2010 roku kobieta od niego uciekła, prokuratura w Pucku jej nie uwierzyła, dwukrotnie umarzając śledztwo. Mężczyzna w międzyczasie związał się z inną kobietą. Znęcał się także nad nią oraz jej synem. Sprawa wróciła w lutym 2016 r. za sprawą pamiętników dzieci Ewy.

Dzień po publikacji reportażu o „polskim Fritzlu” na polecenie ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry wydział spraw wewnętrznych Prokuratury Krajowej wszczął postępowanie w sprawie zaniedbań byłych śledczych Prokuratury Rejonowej w Pucku.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej