Koniec stycznia, na konferencji podsumowującej dotychczasowe działania MEN minister Anna Zalewska zapowiada, że od 2018 r. nauczyciele dostaną podwyżki. – Dotrzymamy słowa danego „Solidarności”, podwyżki będą – obiecuje. O szczegółach miała poinformować 4 kwietnia. Później była mowa o terminie „zaraz po Wielkanocy”. Zalewska do dziś milczy, jej biuro prasowe również. A podwyżki stają pod znakiem zapytania.

Po tamtej zapowiedzi „S” przyklasnęła i rozpoczęła rozmowy z MEN. Związek Nauczycielstwa Polskiego też usiadł do stołu, choć jego prezes Sławomir Broniarz komentował: – To zabieg socjotechniczny, próba uciszenia nauczycieli przed strajkiem.

Ogólnopolski protest w oświacie odbył się pod koniec marca.

Podwyżki nauczycieli: Budżet skurczył się przez 500 plus

Poniedziałkowy „Fakt” poinformował, że na podwyżki nie zgadza się wicepremier i minister finansów Mateusz Morawiecki. Z informacji „Wyborczej” wynika, że to efekt sporu pomiędzy nim i premier Beatą Szydło. W budżecie państwa obciążonym przez wydatki na program 500 plus trudno znaleźć kolejne pieniądze. Przedstawiciele rządu oficjalnie mówią, że na podwyżki nie mogą liczyć pracownicy budżetówki, ale Szydło chciałaby nauczycieli potraktować lepiej. Bo chce uspokoić nerwowe nastroje związane z reformą edukacji. Nad PiS wisi wniosek o referendum w tej sprawie, pod którym podpisał się niemal milion obywateli, a partia Jarosława Kaczyńskiego jeszcze za rządów PO-PSL, a potem w kampanii wyborczej solennie obiecywała, że nigdy głosu Polaków nie zlekceważy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej