Donek to był łobuziak. Jak nie szybę piłką wybił, to z kolegami ognisko w piwnicy rozpalił. Zupa mu nie smakowała, to potrafił ją przez okno wylać, sąsiadce piętro niżej szyby przez to obryzgał – wspominała matka. Pani Ewa była sekretarką w Akademii Medycznej, pracujący na kolei mąż zmarł, gdy Donald miał 15 lat. Na pogrzebie nie płakał.

Wychował się nieopodal Stoczni Gdańskiej w przedwojennym domu, wśród rodzin robotników. Chodził na Lechię Gdańsk, buntował się przeciwko Kościołowi, zapuścił bujne afro. Zdarzało mu się wagarować, popalać skręty, pić tanie wino i handlować na Jarmarku Dominikańskim starociami. Miał 21 lat, kiedy na drugim roku historii ożenił się z Małgorzatą. Był rok 1978.

By zarobić na ślub, wychodził o czwartej rano i pracował w stoczni przy czyszczeniu statków. Mieszkali w pokoju u matki, następne dziewięć lat spędzili w hotelu asystenckim. Wspólną kuchnię mieli w korytarzu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej