Judyta Watoła: Minister zdrowia zaproponował stworzenie sieci szpitali, projekt przyjął rząd, wkrótce zajmie się nim Sejm. Te szpitale, które wejdą do sieci, dostaną ryczałt na leczenie we wszystkich albo w wybranych oddziałach. Będą miały spokój z konkursami. Czemu to się panu nie podoba?

Andrzej Sośnierz: Są dwa zasadnicze powody. Po pierwsze, najbardziej destrukcyjne w tym projekcie jest finansowanie. Ryczałty dla szpitali to fatalny pomysł. W dużym uproszczeniu – w tym wariancie pieniądz idzie przed pacjentem. Szpital nie potrzebuje leczyć, a przynajmniej leczyć zbyt wielu, żeby mieć pieniądze. Taka sytuacja była przed reformą wprowadzoną w 1999 r. I było wtedy źle.

Dlatego hasło tamtej reformy było odwrotne: „Pieniądz idzie za pacjentem”. Szpital dostaje pieniądze za leczenie konkretnych chorych. Dzięki temu zmieniliśmy pozycję pacjenta w systemie. Stał się kimś pożądanym, o kogo trzeba zabiegać. Pojawiło się też nowe zjawisko – „nadwykonania”. Szpitale przyjmują więcej chorych, niż przewiduje kontrakt, bo liczą na to, że wcześniej czy później dostaną za to dodatkowe pieniądze. Dostęp do leczenia bardzo się poprawił. Powrót do ryczałtu zdemobilizuje szpitale. Chory stanie się kosztem, którego lepiej unikać. Dlatego ta zmiana jest przeciwko pacjentom.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej