Politycznej szarży, która trwała od zeszłego wtorku, towarzyszyły nadzwyczajne wydarzenia na zapleczu partii.

Cała historia zaczęła się w gmachu MSWiA. Dlaczego właśnie tam? Bo ustawa metropolitalna, choć sprzedawana jako projekt poselski, powstawała w gabinecie politycznym Mariusza Błaszczaka. Bez rozgłosu, z pominięciem wiceministrów, posadzono do pisania czterech urzędników, którzy mieli ponoć doświadczenie prawnicze. Ściągnęli materiały, obłożyli się przepisami, a gdy projekt wydał się im gotowy, odesłali go do klubu parlamentarnego.

W klubie dodano podpisy popierających rozwiązanie posłów PiS. Było wśród nich tylko jedno nazwisko z Warszawy (chodzi o Ewę Tomaszewską). Dlaczego? Proste. Według informacji „Wyborczej” do „zebrania” podpisów posłużyły gotowe formularze poparcia, które w wolnych chwilach wypełniają politycy partii rządzącej. Wpisują imię, nazwisko, numer legitymacji poselskiej. I gotowe. Potem nikt już nie musi biegać za posłami. Gdy potrzeba, pracownik klubu wyjmuje podpisy z szuflady i dołącza do projektów ustaw.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej