Choć jesteśmy jednym z dwóch najbardziej zanieczyszczonych państw UE (obok Bułgarii), mamy najwyższe poziomy informowania mieszkańców o zanieczyszczeniu powietrza toksycznymi pyłami. Czyli Polacy dowiadują się o zagrożeniu, kiedy jest naprawdę bardzo źle.

Zobacz też: Smog zatruwa miasta, wsie i żywność - komentarz Aleksandry Sobczak

Przyjęta przez Światową Organizację Zdrowia norma dobowa stężenia szkodliwego pyłu PM10 w powietrzu to 50 mikrogramów na metr sześcienny. Powyżej tej wartości powietrze, którym oddychamy, staje się niebezpieczne. Dlatego w krajach Europy Zachodniej mieszkańców informuje się o przekroczeniu tych norm. W Paryżu, gdy poziom zanieczyszczeń przekroczy 80 mikrogramów, ogłasza się alarm. Na Węgrzech i w Czechach stan alarmowy jest przy 100 mikrogramach. W Belgii przy 70.

A w Polsce przy 300! Przy 200 trzeba informować o zagrożeniu smogiem. - To absurd, są grupy pacjentów, np. z astmą czy obturacyjnym zapaleniem płuc, dla których wartość 100 mikrogramów na metr sześcienny pyłów w powietrzu staje się niebezpieczna dla zdrowia – podkreśla dr Piotr Dąbrowiecki, alergolog, prezes Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i Obturacyjną Chorobę Płuc. Przyznaje, że w ciągu ostatnich dni, gdy niemal nad całą Polską wisi smog, do lekarzy od razu zaczęło się zgłaszać więcej pacjentów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej