Anna S. Dębowska: Spodziewał się pan dyscyplinarnego wyrzucenia z Polskiego Radia?

Marcin Majchrowski: Biorąc pod uwagę sekwencję wydarzeń od jakiegoś czasu, tak. Atmosfery takiej jak teraz, kiedy ludzie przestają sobie ufać, a przecież nasza praca jest zespołowa, sobie nie przypominam. Przestajemy dyskutować na tematy ważne, każdy robi tylko to, co musi i wychodzi. Dotyczy to całego radia.

Byłem wiceprzewodniczącym Związku Zawodowego Dziennikarzy i Pracowników Programu III i II Polskiego Radia. Moje zwolnienie to sygnał, że można uciszyć głos, który domaga się przejrzystości, rzetelności, koleżeńskości i poszanowania pracy. Mam nadzieję jednak, że to nie jest takie łatwe

Idzie pan do sądu pracy?

– Tak, razem z innymi zwolnionymi Pawłem Sołtysem i Wojciechem Doroszem.

Bo dyscyplinarka to jest minus w kartotece.

– Traci się wszystko z dnia na dzień, nie ma się prawa do odprawy ani do okresu wypowiedzenia. Paragraf 52 kodeksu pracy, który wobec nas zastosowano, jest środkiem na kogoś, kto popełnił największe przestępstwa zawodowe. W ciągu 23 lat mojej pracy w Polskim Radiu nigdy nie dostałem nagany.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej