Ludmiła Anannikova: Skąd pomysł na projekt pomocy mieszkaniowej dla uchodźców?

Piotr Bystrianin: Pracujemy z uchodźcami od lat i wiemy, że zagraża im bezdomność. 20 proc. naszych beneficjentów przyznało w ankiecie, że przynajmniej raz podczas pobytu w Polsce nie miało gdzie przenocować. Żeby była jasność, nie chodziło o osoby, które nie zdążyły na autobus i musiały czekać do rana na przystanku. Zrozumieliśmy, że nigdy nie zintegrujemy tych ludzi, jeśli nie będą mieli gdzie mieszkać. Ta podstawowa potrzeba powinna być zapewniona.

Jaka jest sytuacja mieszkaniowa uchodźców?

- Różna w zależności od tego, na jakim są etapie. Jeśli są w tzw. procedurze, czyli nie mają jeszcze statusu uchodźcy, to mogą mieszkać w ośrodku dla cudzoziemców. Wtedy mają dach nad głową. Jednak takie ośrodki są zwykle poza większymi miastami lub na obrzeżach. Uchodźcy dostają jedyne 50 zł kieszonkowego miesięcznie, nie za bardzo mogą poza nie wyjść. A w takim ośrodku na niedużej powierzchni mieszka 100-200 osób w trudnej sytuacji, często także po traumie. To sprzyja różnego rodzaju konfliktom. Dlatego wiele osób decyduje się na mieszkanie poza ośrodkiem. Wtedy mogą liczyć na większe wsparcie od państwa, ale wciąż niewystarczające, żeby przeżyć.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej