– Reforma nie jest zagrożona, proszę nie wprowadzać chaosu informacyjnego, bo to źle wpływa na dzieci, rodziców, nauczycieli – oświadczyła w środę premier. Ignorując protesty związków zawodowych, samorządów, dyrektorów szkół i rodziców przestraszonych eksperymentem na ich dzieciach. I mimo negatywnych opinii także w jej rządzie.

PiS chce zacząć likwidację gimnazjów od 2017 r., kiedy obecni szóstoklasiści mają pójść do VII klasy wydłużanej podstawówki, a nie do I gimnazjum. Ośmioletnią szkołę podstawową i czteroletnie szkoły ponadpodstawowe wymyśliła i ubrała w garnitur reformy minister edukacji Anna Zalewska.

Atmosfera wokół Zalewskiej robi się gęsta. „Wyborcza” i inne tytuły pisały, że w partii rządzącej coraz częściej słychać głosy, że reformę trzeba odłożyć – co najmniej o rok, najlepiej o dwa lata.

Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk (ma żonę nauczycielkę) komentował w Radiu Kraków: – Obserwuję, co się dzieje w oświacie. Jest sporo obaw. Ludzie pytają o miejsca pracy. Należy się wsłuchiwać w głosy samorządowców i nauczycieli.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej