Usmarowany białą breją Farage był wściekły. Nie tyle na sprawcę, ile na swoich ochroniarzy.

– Jak to się mogło stać? Jesteście beznadziejni. Mogliście go zobaczyć milę stąd – burczał.

Dopiero później napisał na Twitterze coś, co od biedy można uznać za poważne zażalenie: „Niektórzy zwolennicy pozostania w UE zradykalizowali się w stopniu uniemożliwiającym normalne prowadzenie kampanii wyborczej [przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, na Wyspach Brytyjskich odbędą się one 23 maja; w sondażach zdecydowanie prowadzi Partia Brexit]. Żeby demokracja mogła działać w cywilizowany sposób, potrzebna jest zgoda przegrywających. To politycy nieakceptujący wyników referendum doprowadzili nas do tego”.

Zdarzenie szybko potępił rzecznik premier Theresy May, ale i w tej wypowiedzi pobrzmiewa brak stanowczości, który widać w reakcjach Farage’a: „Premier wspiera starania, by napiętnować niemożliwe do zaakceptowania i niezgodne z prawem zachowania”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej