"Wczoraj udało mi się, bo stałem tylko 13 godzin i pozwolono mi zatankować cały bak, prawie 50 litrów” – opowiada mi Eduardo, informatyk z Maracaibo, drugiego co do wielkości miasta w Wenezueli. Tam akurat kolejki po benzynę nie są niczym nowym, bo ze względu na bliskość granicy z Kolumbią przemyt praktycznie darmowego wenezuelskiego paliwa jest już od lat powszechnym i bardzo lukratywnym biznesem, zresztą niemal w całości kontrolowanym przez Gwardię Narodową.

Eskortowane przez mundurowych ciężarówki wyładowane niebieskimi beczkami z benzyną są powszechnym widokiem na polnych drogach przecinających granicę z sąsiednim państwem. Jej zamknięcie w lutym przez reżim Nicolása Maduro niczego nie zmieniło – bo zablokowane są jedynie nieliczne oficjalne przejścia graniczne, na "trochas”, czyli tam gdzie granicę przekracza się nielegalnie, ruch tylko się wzmógł.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej