Zdarza się nieczęsto, ale się zdarza. Taki oto uroczy paradoks futbolowych hitów, że im bardziej wpatrujemy się w megagwiazdy, im bardziej oczekujemy ich solowych popisów, tym ładniej kradnie show ktoś drugo-, nawet trzecioplanowy.

W Madrycie wszystkie reflektory szukały pewnego Portugalczyka i pewnego Brazylijczyka. Króla i potencjalnego następcę tronu. Ale obu długo nie wychodziło. Cristiano Ronaldo spudłował w pojedynku oko w oko z bramkarzem, marnując wspaniałe podanie Marcelo, a Neymar wyglądał na rozedrganego. Zapędzał się bez sensu w tłok, przyjmował piłkę ręką, głupio faulował na miarę żółtej kartki, ślizgał się jak w źle dobranych korkach. I wtedy znikąd przybył Adrien Rabiot.

Strzelił na 0:1 głównie dlatego, że gospodarze kompletnie zapomnieli o jego istnieniu, pozwolili mu samotnie czaić się w polu karnym. Ale podobał się zwłaszcza jako gracz panujący nad środkiem pola. Także wtedy, gdy nie miał piłki - poruszał się bardzo mądrze. Gol był jak nagroda za zupełnie inną pracę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej