JACEK HARŁUKOWICZ: Przyszli po pana o świcie. Jak 37 lat temu.

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Gdy po 6 usłyszałem uporczywie walenie do drzwi, nie miałem cienia wątpliwości, że to policja. Poszedłem się najpierw umyć, ubrałem się i dopiero wtedy im otworzyłem. Byli podenerwowani, trochę przestraszeni moimi psami. Ale kiedy już weszli do środka, zaczęła się normalna procedura: poinformowali mnie, że jestem zatrzymany w charakterze podejrzanego i mam być dostarczony do prokuratury. I że w związku z tym nie wolno mi się przemieszczać swobodnie po domu. Chodzili za mną wszędzie, tak jakbym miał zaraz wyskoczyć przez okno i uciec. Potem zakuli mnie w kajdanki. I przyznam, że to akurat bardzo mnie zaskoczyło.

...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej