JACEK HARŁUKOWICZ: Przyszli po pana o świcie. Jak 37 lat temu.

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Gdy po 6 usłyszałem uporczywie walenie do drzwi, nie miałem cienia wątpliwości, że to policja. Poszedłem się najpierw umyć, ubrałem się i dopiero wtedy im otworzyłem. Byli podenerwowani, trochę przestraszeni moimi psami. Ale kiedy już weszli do środka, zaczęła się normalna procedura: poinformowali mnie, że jestem zatrzymany w charakterze podejrzanego i mam być dostarczony do prokuratury. I że w związku z tym nie wolno mi się przemieszczać swobodnie po domu. Chodzili za mną wszędzie, tak jakbym miał zaraz wyskoczyć przez okno i uciec. Potem zakuli mnie w kajdanki. I przyznam, że to akurat bardzo mnie zaskoczyło.

Tłumaczyli, po co te kajdanki?

– Gdy przekonali się, że nic im z mojej strony nie grozi, byli już bardzo grzeczni. Tonem raczej uprzejmym, przepraszającym wręcz tłumaczyli, że takie mają procedury. Skuli mnie z tyłu, więc gdy w samochodzie powiedziałem: „Panowie, no bez przesady, w aucie też?”, to odparli, że skoro mi niewygodnie, to przekują mnie z przodu. Starali się być bardzo correct i w pewnym momencie jeden zaproponował nawet: „Może powinniśmy zapiąć pana Władysława w pasy?”. Już do końca nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oni w całej tej sytuacji czują się jeszcze mniej komfortowo niż ja. Że mają świadomość, że biorą udział w pewnej szopce.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej