Be careful what you wish for – uważaj, czego sobie życzysz. To popularne angielskie powiedzenie ilustruje dylemat, przed jakim stoi prezydent Korei Południowej Moon Jae-in, zaproszony do złożenia wizyty we wrogim Pjongjangu.

Moon, syn uchodźców z Północy, czekał na to całe życie. Swoją karierę polityczną zbudował na dążeniu do pojednania z Pjongjangiem. W poprzedniej dekadzie był prawą ręką liberalnego prezydenta Roh Moo-hyuna, który próbował kontynuować „słoneczną politykę” wobec Północy zainicjowaną przez swego poprzednika Kim Dae Junga – rozwijał współpracę ekonomiczną obu Korei, organizował wizyty rozdzielonych wojną rodzin. Odkąd w maju 2017 r. – po dekadzie rządów konserwatystów niechętnych zbliżeniu z Północą – Moon sam został głową państwa, nieraz deklarował, że chciałby pojechać do Pjongjangu i spotkać się z Kim Dżong Unem.

Rządzą strach i nieufność

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej